Kiedyś z Dunką na Bornholmie jadąc autobusem w 2017 r. rozmawiałem o tym, czego Polacy nie mają

Jedna polska psycholog nazwała to kiedyś „dyskretną nieuwagą”. Ja bym powiedział o zdrowym braku zaangażowania i obojętności. Neutralnym wyjściowym nastawieniu sieci dopaminergicznej, która wobec neutralnej i obcej osoby powinna być niezaangażowana, słowem – nie zbiasowana i nie obciążona. Ja mając już lat 5 byłem obiektem projekcji rodziców wielu takich różnych Agnieszki Turek, którzy rzutowali na mnie wszystko to, co nie podobało im się z zawiści w moim tacie. To trudna sytuacja. Ale całe życie należy szukać z niej skutecznego wyjścia. Polacy dalecy są od dystansu i zdrowej obojętności. W stereotypach i uprzedzeniach główny problem tkwi w tym, że w prymitywnym kraju z północy ktoś widzi osobę o ciemnej karnacji i obawia się, że jest przestępcą. Wkurwia w ten sposób tą osobę i prowokuje do popełnienia przestępstwa. Gdyby idiota posługujący się wykluczającymi kategoriami porządkowania doświadczeń społecznych, skryptów itd. rozumiał, że wystarczy wycofać się i nie dokonywać pochopnych, wybiegających w urojoną przyszłość ocen przypadkowych osób, to zwrotnie, z dużym prawdopodobieństwem osoba nawet skrajnie odmienna kulturowo powinna zachować się w sposób neutralny i zrozumiały. Tymczasem cietrzewie ściągają na siebie kłopotliwe sytuacje sami.

Ja kobiecie z Bornholmu powiedziałem, jak ja określam coś, czego Polacy nie mają jako „basic attitude”. Ona mówiła o Polce, która mieszka w jej miejscowości, jest jej sąsiadką, ale nie umie się zachować. Po prostu nie umie się wycofać, okazać nieuwagi, grzeczności, zlewa zasady dobrego wychowania. Ja jej powiedziałem, że w krajach protestanckich szacunek dla wolnej woli innego człowieka, jego wolności podejmowania decyzji, wyrażania własnej indywidualności jest normą, więc pozwalanie innym ludziom żyć każdego dnia zgodnie z ich własnym wyrazem, celem, potrzebą wewnętrzną, traktowania autonomii, nawet w najbardziej budzących kłopotliwe emocje tj. praca, związki itd. jako podstawowej władzy danego człowieka, że rozporządza w ramach własnej podmiotowości aktami woli na zasadzie kurwa raz wypowiadanej deklaracji woli – bez kokieterii – lubię / nie lubię, wolę / nie wolę, chcę / nie chcę – i nikt nie ma prawa tego podważać, doszukiwać się w tym kokieterii. Poddawanie się płynnym interakcjom, ale w charakterystyczny dla krajów protestanckich zimny sposób wchodzenia w interakcje, bez angażowania się, korygowania i wpierdalania tak długo, jak długo mają zinternalizowane, by nie wpierdalać się innym, to jest dla mnie to basic attitude. Wytłumaczyłem jej, dlaczego Polacy tego nigdy nie mieli, nie mają i nie będą mieć. Bo są zbyt prymitywni, karmią się konfliktami, negatywnymi emocjami, wikłają się niemal natychmiast w nie swoje sprawy, bo żyją nie swoimi sprawami i oceniają w większości te sprawy, które nigdy nie leżały, nie powinny leżeć w ich gestii. A mimo to właśnie to jest treścią ich życia psychicznego. Dałem jej do zrozumienia, że jeśli nie wypierdolą tej Polki z wyspy, to zasmrodzi im atmosferę tego, na jakiej swobodzie kształtowania stosunków międzyludzkich opiera się ich świat. Zasra ta Polka, zasmrodzi, bo zwyczajnie jest prosta i nie rozumie.

Kobieta z Bornholmu pochwaliła mnie w czasie rozmowy i powiedziała, że moje określenie jest bardzo trafne. Często prowadząc rozmowę w języku angielskim osoby, które dobrze posługują się tym językiem chwalą mnie za bardzo trafne i precyzyjne używanie pojęć i słów w języku angielskim. Ostatnio zrobiłem wrażenie na Ruth opisując jej językowo charakterystykę kelp forest przy Casino Point. Ona potem próbowała mi zaimponować wiedzą na temat zanikania określonych barw na danych głębokościach, wpływem kwitnienia wody, obecności alg, widoczności na balans bieli itd. Tamta z kolei kobieta na Bornholmie otrzymała ode mnie „lekcję” różnic kulturowych i pewnego quantum spostrzeżeń, które ja mam, bo ja każdego dnia jebię się z Polakami, którzy kołaczą do moich bram dzień w dzień, gwałcą moje wszlekie zasady i świętości, żeby mi coś udowodnić, zmienić. Dawniej takim odmieńcom, jak ja dzieci z okolic rzucali petardy na podwórko. Można powiedzieć, że jestem szczęściarzem, bo nikt mi petard nie rzuca na posesję. A mimo wszystko czuję nie raz, że muszę się pierdolić z tymi różnicami kulturowymi. Z tą masą ludzi, którzy się co tydzień spowiadają w kościele, wyznają bardziej prymitywne wartości, stosują się do zasad religii, tradycji, wymiany, uczestnictwa w świętach, uroczystościach, wmuszaniu sobie nawzajem swoich synów i córek, łączeniu się na zasadzie majątków, a nie tego, że każdy młody dorosły musi wiele decyzji życiowych podjąć sam, że rodzina rozluźnia wiele więzi zanim człowiek ukończy 18 lat i nikt mu się nie wpierdala, bo każdy człowiek sam decyduje o tym, co jest w jego gestii, w zakresie jego władzy sądzenia i tego, do czego ma zwyczajnie prawo, poczucia hierarchii w tej polskiej prymitywnej społeczności itd. Trudno pozostać obok tego i nie być obciążonym nie kończącymi się próbami zdegradowania nas niezależnie od osiągnięć, naszej samoświadomości, edukacji itd. Bo nie o to chodzi im, żeby to uznać. Przeciwnie. Pokazać, że możesz sobie wiedzieć, ile chcesz, a my prymitywy będziemy się odnosić i jebać i wpierdalać we wszystko, bo tak chcemy i tylko to umiemy. Co się dziwić, że kobietę z kraju protenstanckiego, spokojnego miejsca przewyższałem oglądem różnych sytuacji i rozumienia nawet tych zawiłych sytuacji w sposób szczególnie uporządkowany, mając na wszystko właściwe pojęcia. Ja widocznie tak szerokiej perspektywy i tak złożonej, ubranej w tak wiele pojęć potrzebowałem, by nie zatracić własnego ja wśród zwykłych chamów i nie zwariować.