Yyy, który?

Nie mam już od kilku miesięcy tego samochodu. Sam zrobiłem nim 150 000 km i na autostradzie A1 w kierunku Łodzi (33 km do Łodzi) w trakcie wyprzedzania zerwał mi się łańcuch rozrządu, niszcząc cały silnik. Sprężanie było tylko na jednym tłoku. Nikt ode mnie wraku nie chciał kupić. W sensie auta z tak zepsutym silnikiem. Nawet sprzedawca, który sprzedaje samochody na Ukrainę. Ale znalazłem ostatecznie chętnego. Sprzedałem za śmieszne pieniądze niegdyś super samochód nie do zdarcia. Byłem nim aż w Skagen, pół roku wcześniej na Lazurowym Wybrzeżu. Podróży do Danii dotyczy to pismo jeszcze. I zakaz prowadzenia samochodu, tylko mogę sobie jeszcze miesiąc wybrać :). Słodkie… Ja miałem w tym roku trochę szczęścia. Wyprowadziłem samochód ze śmiertelnej pułapki, jaka powstała na skutek tego, że nie działał silnik przy dużej prędkości, wysiadło oczywiście wspomaganie kierownicy i pompa wspomagania hamowania. Tylko ogromnym opanowaniem i siłą fizyczną sprowadziłem samochód na pas awaryjny (pęd to jest masa razy prędkość, a tu samochód 1760 kg masy i prędkość 130 km/h, gdy wysiadają te systemy, to łatwiej operować ciągnikiem czy koparką na pewno, niż takim samochodem tylko polegając na właściwościach mechanicznych przekładni, hamulców itd.), a był duży ruch, dużo wyprzedzania, a mi się to stało na lewym pasie. Z samochodu-brzytwy, tam jest sprężanie paliwa w dieslu rzędu 1600 bar! Mi ostatnio przed nurkowaniem w Zürichu strzelił wąż wysokiego ciśnienia od manometru tuż przy zaworze pierwszego stopnia. Marka – Suunto… W takim wężu są dwie warstwy plecionki syntetycznej, grubych włókien. Ciężko przeciąć taki wąż nawet nożycami do blachy. Strzelił wąż przy ciśnieniu 200 bar, więc huk, jak wystrzał z pistoletu. A w silniku Laguny III w z silnikiem diesla ta brudna ropa naftowa podawana jest na tłoki z 8 razy większym ciśnieniem! Gdy zrywa się łańcuch przy 130 na godzinę, to z silnika niewiele zostaje tego, co było. Wszystko jest zniszczone wykrzywione, a nawet potopione. Unikając dzięki doświadczeniu trudniej do przewidzenia sytuacji na drodze, nie miałem żalu, że sprzedaję samochód, który nagle tak bardzo mnie zawiódł. I miał przebieg 330 000 a może kilka tysięcy więcej km. Może nawet 365 000. Mam już kontakt od czerwca z człowiekiem, który zrobił ten silnik i dwa lata będzie jeździć jego dziewczyna. Obiecałem że za dwa lata odkupię ten samochód. Mam nadzieję, że tajemnica rozwiązana. Ale zginąłbym straszną śmiercią pod koniec maja. W potoku. Robiąc to, co kocham. Poza szlakiem. Nikt by mnie nie znalazł. Poszukiwano by mnie pewnie i w końcu ktoś by znalazł. Ale daleko od szlaku. Złapałem się kamienia powyżej mnie nad potokiem. W wąwozie potoku, jak wiadomo erozja ciągłe wietrzenie, podmywanie. Kamień ważył na moje oko więcej niż 200 kg. Tak naprawdę nie wiadomo, ile może ważyć taki kamień. Te kamienie w Karkonoszach są cholernie ciężkie. Ten mógł ważyć 200 kg. Ale mógł ważyć i 400. Różnią się składem minerałów, kształtem. Coś z jednej strony wygląda na 200 kg, ale jak zobaczy się cały, jak na przykład spadnie, to na oko może to być 400 kg. Może ktoś kto pracuje w lesie przy układaniu kamieni na szlakach itd. Jest w stanie ocenić. Złapałem się tracąc równowagę. Byłem w suchym skafandrze z wulkanizowanej gumy. Odskoczyłem. Miesiąc później. Z góry w tym samym miejscu raz uderzyłem ten kamień długą gałęzią. Posunął się ten kamień od razu w dół do potoku wydając ogromny huk, jak uderzenie pioruna. Za nim natychmiast 2 kolejne podobnej wielkości. Których z dołu nawet miesiąc wcześniej nie widziałem. Zamieściłem już wpis na ten temat na blogu z miesiąc temu. Ze zdjęciem. Ale to jest i tak stres, jak o tym pomyślę nawet teraz. Wszytko w kontrolowanym eksperymencie wyglądało tak, jak w sekundę oczami wyobraźni zobaczyłem własną śmierć. Tutaj tylko zakaz prowadzenia samochodu w Niemczech. Może to i dobrze?