Założę się, że to jeśli nie Magda Fritz, to „taka” Magda Fritz

Ten opis się nie zmienia. Ten stopień samoschamienia i zacietrzewienia, upajania się własnym chamstwem niewiele dodając i w niewielkim stopniu ewoluując byłby bardzo dla niej symptomatyczny. Ludzie się zmieniają. Ludzie np. krępi, puchlni, zwani według terminologii konstytucjonalnej z uwagi na budowę ciała pyknikami są tak syntoniczni i empatyczni, że nie mają wyraźnie zaznaczonego ja. Z kolei im osoba szczuplejsza i wyższa, mówimy leptosomatyczna, tym większy opór wobec w ogóle tego, co nazywamy umownie rzeczywistością. Cały świat może iść się ….., tylko nie oni. Oni pozostaną tu w miejscu i dalej będą formułować swoje przekonania, oceny, postawy wobec innych, nie zmieniając się ani trochę. Pasuje mi też do takiej osoby kierunek studiów – seksuologia, ponieważ osoba empatyczna wchodzi w setki interakcji. Natomiast seks to bardzo mocno fizyczna, niekiedy stanowiąca element jakiegoś problemu opartego na uzależnieniu strona człowieka. Empatia z kolei nie daje się sprowadzić do takiej czy takiej strony człowieka, ale te, które ogólnie traktują seks jako jendną z wielu rzeczy tj. sport to są na ogół osoby nie doświadczającego tego zjawiska, jakie nazywamy empatią. Dla osób empatycznych wszystko odbywa się zawsze na wielu poziomach jednocześnie, ale zdarza się, że ulega też pewien przepływ zablokowaniu w tym zakresie. Mi się empatia czasem blokuje, zależy to od mojej kondycji psychicznej. Empatia ulega też wypaleniu. U mnie w chwili obecnej panuje ten stan. Ale potrafię miło czas spędzić z kobietą w pociągu, w kolejce w różnych sytuacjach, przejmując częściowo jakieś dla niej ważne elementy, ale nazwałbym relacji, tego, co umownie np. dla niej stanowi wyznacznik kontaktu, tego, co to znaczy czuć się dobrze w czyimś towarzystwie.

Natomiast nie reaguję NIGDY na to, co stanowi element kobiecej seksualności w ogóle, jakiś wzorzec kulturowy, schemat – cokolwiek to jest, gówno mnie to obchodzi. Mam sprecyzowany typ albo typy urody, ubioru, zachowania, postaw w kwestiach seksualnych. Jest to niezwykle złożone i akurat zdarza mi się tak rzadko sytuacja określiłbym w moim typie, że przez więkoszość czasu pozostaję aseksualny. Nie oznacza to, że nie podniecają mnie kobiety. Ale tak rzadko prezentują swoim zachowaniem, wyglądem to, co odpowiada moim preferencjom, że pozostaję z reguły niewrażliwy na ich zachowania. Najbardziej do tej pory z dawnych moich koleżanek ośmieszyła siebie Agnieszka Turek, gdy wydawało się jej, że jedzie po bandzie, oto wyskakuje z czymś, co niby wedle jej wiedzy odpowiada moim preferencjom i zyskuje rzekomo na mnie wpływ. Cieszę się, że akurat wobec tak upartej osoby pozostaję w tych tematach nieodgadniony. Patologiczny upór, by tego skądś się dowiedzieć, wywnioskować swojego czasu doprowadzał mnie do zmęczenia. Potem chodziło jej o to, by skutecznie wmawiać innym różne rzeczy na mój temat w tej kwestii. Ja padłem ofiarą wyłącznie jej podstępnej postawy, że w zasadzie nie miałem powodów, by jej nie ufać. Okazało się, że kompletnie jej nie znałem i nie znam i mam dzisiaj setki powodów, by traktować ją jako ogólnie przykład patologii – agresji na tle seksualnym, ale nie tylko. Nie miałem tak do końca takich powodów w liceum, ale traktowałem ją z dużą rezerwą, bo szybkość, z jaką w jej odczuciu tworzyła się między nami relacja, irytowała mnie. Z jej punktu widzenia ta relacja nastąpiła. Z mojego punktu widzenia, tylko z nią rozmowaniałem. Jeśli mam być szczery to kilka razy. Nie wiem, jak to możliwe przez kilka miesięcy, ale tak było. Musiałem się zorientować, że będąc w relacji z Moniką, po prostu muszę trzymać ją na dystans. I chyba o to cały ten żal. Ale ten jej żal za okres liceum przekłada się na to, że dzisiaj złośliwie podpowiada osobom, które czegoś próbują dociec na mój temat, jaki mogę być w bliższej relacji.

Sorry. Tego nie wie przykładowo Justyna, z którą naprawdę w 2013 r. rozmawiałem więcej, niż z moją żoną. Nie wie tego Marysia Szyprzak, którą lubię, ale która zawsze była dla mnie dziewczyną mojego kolegi. I nie umiałem nigdy wyjść w głowie poza ten schemat. Gdy widzę, że ona próbuje, to analizuję jego uczucia z kolei i przykro mi. Te uczucia są. A ja jestem lojalny do facetów w takich sytuacjach, bo to jest bardzo uczciwe.

Ale wie np. trochę na takie tematy przykładowo dziewczyna, z którą jechałem w niedzielę pociągiem. Paradoks? No właśnie takie sytuacje są najlepsze, gdy nie wiąże ludzi żadna relacja. Łączy nas bilet na ten sam pociąg, sytuacja która trwa kilka godzin i się kończy z reguły o określonym czasie. W sensie od tego to się musi zacząć i tutaj ważny jest element fizyczny. U normalnych ludzi to jednocześnie zachodzi też na innych poziomach, ale fizyczna miłość, która jest podstawą relacji między mężczyzną a kobietą zaczyna się na poziomie atrakcyjności fizycznej. Jeśli tego nie ma, to jest to tzw. zauroczenie osobą, osobowością, przyjaźń itd.

W przypadku zauroczenia samą osobą ten aspekt fizyczny z czasem wychodzi, że jest wymuszony. I taka relacja zawsze w tle ma pewien element perwersji. A to tylko kwestia tego, co kto lubi. Niektórzy lubią i nawet wręcz cenią ten element w relacji i uważają, że sama naturalna relacja bez perwersji nie daje takiej „jazdy”, jak taka, gdzie czegoś brakuje i różne dodatkowe elementy, które podkręcają tą relację w jej aspekcie fizycznym zaczynają zastępować to, czego normalnie człowiek instynktownie potrzebuje, do czego dąży. Ale to są mimo wszystko pewne dysfunkcje nie tyle preferencji. Dzisiaj wiemy, że jest ich wiele. Ale dysfunkcje, jeśli człowiek nie dąży przez to do tego, do czego naturalnie by dążył, a więc do bliskiej relacji. A relacja między mężczyzną i kobietą zawsze ma początek z natury w fascynacji fizyczną stroną osoby. Początek jest taki. I uzależnienia, perwersje diangozujemy, gdy z jakiegoś powodu człowiek nie dąży do relacji z osobą, która go fascynuje z samej natury, tylko ucieka od tego i szuka czegoś zastępczego ze względu na jakiś mechanizm bardziej towarzyszący uzależnieniu związanemu z perwersją odciskającą się na charakterze już czasem osoby, choć ona po uświadomieniu sobie, przepracowaniu być może tego na nowo zaczęłaby instynktowie szukać tego, co w jej przypadku bliższe naturze. Bliższe ciału. Moim zdaniem to jest pole, na którym jest najwięcej błędnych diagnoz nie tylko seksuologicznych, ale w ogóle psychologicznych, bo sfera seksualna jest najbardziej intymną sferą człowieka. Ja sam z moją psychoterapeutką nie rozmawiałem o tym przez 12 lat. I nigdy ona o tym nie wiedziała. Gdy pierwsza tego typu osoba zaczęła mnie usilnie o to zagadywać w szpitalu przy ul. Chodźki, podczas pierwszej wizyty, było to pierwsze i ostatnie spotkanie ze mną. Nie zakładam, że wielu ludzi jest tak dyskretnych, jak ja, ale zakładam, że dla wielu w jakimś stopniu stosunek do takich spraw jest bardzo podobny. Stanowi jedną z osobistych świętości, nawet jeśli miewamy ich niewiele, to zwykle szanujący się człowiek w tym zakresie takową świętość zachowuje dla zdrowia ochrony własnej przyjemności, integralności, ale czasem też wartości. Utrata kontroli nad tą sferą to dość traumatyzujące zdarzenie dla człowieka. Zwłaszcza w dość głośnym, rozedrganym świecie, w którym wiele manipulacji nawet wynikających z nowych techonologii odwołuje się właśnie do seksualności człowieka. Człowiek jest łowiony w tym kwestiach, ale też uczy się rozwijać obrony przeciwko temu.

Jest tutaj wielu ekspertów, którzy wypowiadają się nie tylko czy „zagadywać” obce osoby, ale też jak, w jaki sposób. Jak „wyrywać” dziesiątki dziewczyn tygodniowo. Moja odpowiedź: „nie wiem”. Nie jestem eksprtem od podrywania dziewczyn. Dobrze się czułem zawsze sam ze sobą. Wiele na ogół musiało się złożyć, żebym zaczął reagować na kobietę. Np. Ania Łukasiak, która później była moją dziewczyną sama mnie zaczepiała podczas próby chóru na plebani. Tak uporczywie, że nie miałem wątpliwości potem, że się jej podobałem. Czasem tak się zaczynają relacje. Kiedyś na koncercie na Dniach Ryk spodobały mi się 3 dziewczyny pod dużym parasolem. Zwyczajnie do nich podszedłem i zacząłem rozmawiać. Jedna z nich 2 tygodnie później była moją dziewczyną. Po 2 miesiącach wiedziała o mnie prawie wszystko w sensie osobistym. W sensie bliskich relacji z kobietami. I spędziłem z nią 11 lat.

Ale nigdy taka relacja nie zaczęła się w szkole, w klasie, w pracy. Nie pozwoliłbym sobie na to z prostego względu. Gdy sprawy idą źle. Na ogół z powodu tego, że jedna osoba w sposób wyraźny i niezmienny przejawia mniejszą chęć nawiązania relacji w stosunku do stopniu zaangażowania, jak oczekuje tego ta osoba, która silniej chce, to potem powtarzalność tych sytuacji np. obowiążek chodzenia do szkoły, do pracy itd. powoduje, że początkowo trochę zawstydzająca sytuacja przeradza się w koszmar. Taki niesmak np. czułem do Alicji S., z którą pracowałem w Warszawie w 2005 roku. Ja ją tylko lubiłem. Ona chciała mi się podobać w taki sposób, w jaki ja z kolei nie byłem pewien, że chcę, żeby mi się podobała. O to rozwijał się z jej strony z czasem dość wyraźnie okazywany żal. Ale tego wątku nie poruszę – takich sytuacji akurat miałem setki. Męczy mnie pisanie o tym. Czas leci, mam 34 lata, a o tym czuję, że już dziś nie starczyłoby mi czasu, żeby pisać aż do śmierci. Ja w takich okolicznościach odszedłem z pierwszej klasy, w jakiej byłem w Puławach. Wiele było powodów, ale psychopatyczny upór Agnieszki był źródłem doświadczenia goryczy. Ta dziewczyna nie rozumiała „nie”. Odbierała to jako formę flirtu. Co jest naprawdę zaskakujące – do dziś to tak odbiera. I z mojego punktu widzenia nie było to może pierwsze moje doświadczenie gwałtu. O dziwo nie padłem nigdy ofiarą starszej osoby. Na ogół takie sytuacje miały miejsce wśród równieśników. Ale nigdy o tym nie pisałem. O gorszych sytuacjach. I nie napiszę. Czuję do dziś obrzydzenie. Czułbym się już zawsze jako ofiara, gdybym te sytuacje zaczął opisywać tak, jak już poniekąd się czuję, gdy nawiązuję do Agnieszki Turek. Bo rzeczywiście jestem ofiarą przemocy seksualnej z jej strony. A ona się tym właśnie upaja, ją to podnieca, zaspokaja, dodaje pewności siebie. Przemoc seksualną, na którą sobie zaczynała coraz śmielej pozwalać traktuje jako swoje narzędzie wpływu, oddziaływania, walki, zapewniania sobie pozycji w świecie. Nie zmienia to faktu, że gwałt jest gwałtem. Liczy się to, jak się czuje w takiej sytuacji osoba, którą można wskazać, że jest ofiarą takiej osoby. Wgląd sprawcy z kolei w tym wypadku ogranicza brak uczuć wyższych. Jest od urodzenia prawdopodobnie psychopatką. I dlatego to nie jest tak, że jej łatwiej nie czuć pewnych rzeczy – żalu, strachu, współczucia. Ona po prostu ich nie odczuwa. Zamiast tego odczuwa wstręt – że np. okazała mi uczucia, a ja na nie nie odpowiedziałem zgodnie z jej oczekiwaniami. W innych przypadkach natychmiast zgłosiłem taką sytuację, nie miałem nigdy poczucia osaczenia na tyle, czy wstydu, choć zdarzało się, że np. zgłoszenie przykładowo na jakimś obozie takiej sytuacji wywoływało ogromne zakłopotanie kadry wychowawczej. Nie dlatego, że nie okazywali mi zrozumienia, współczucia, ale nie byli do tego przygotowani, jak zareagować. Dla nich wszyscy byliśmy dziećmi, a wobec dzieci jest ograniczona liczba możliwych reakcji. Dzieci się nie karze w ten sam sposób, co dorosłych, dlatego są wyrafinowane w agresji, gdy już ją przejawiają. A przejawiają, bo nie są nauczeni innych zachowań, nudzą się, ale to jest ogólnie problem natury wychowawczej (brak norm z domu). I motywacyjnej (np. nuda).