Ja rozumiem pana Jakimowicza

 

Pisząc z czeskiej komórki, mam inne literówki i błędy chamskiej autokorekty.

Słabo rozpoznaję co to za człowiek. Z niczym go nie kojarzę. Nie wiem, co dokładnie robił za komuny Macierewicz. Nie było mnie wtedy na świecie. I mogłem jeszcze się nie urodzić. To jest taki czysty przypadek, kim i jacy się rodzimy, jakie będziemy mieli predyspozycje, skłonności w myśleniu, jak będziemy wyglądali. Zachowanie Jakimowicza oceniam jako typową po części, nie tylko, ale również zwykłą, służalczą uległość wobec władz. Typową dla Polaków od czasów zaborów, kiedy trochę Polacy przygaśli… Widzę, że są obiektywnie rzeczy, za które należą się Macierewiczowi podziękowania. Ale za to, że jako starzejący się człowiek nie radzi sobie z władzą, pozycją. Ciężko to oceniać. Może człowiek niegdyś niesprawiedliwie osądzony, karany więzieniem nie umie inaczej odreagować tej traumy. Zamienić ją w radość. Mam nadzieję, że ktoś podziękuje mojemu tacie za to, że będąc u władzy w PRL, był dobrym człowiekiem. Jedynym w stanie wojennym w Powiecie, który jako cywil miał jeszcze jakiś wpływ na zachowanie wojskowych. Często porywcze, pochopne, agresywne. Również wobec władz np. gminnych. Zdarzało się, że osobiście powstrzymywał wojskowych od używania siły. Już w czasie służby wojskowej wykazywał się samodzielnym myśleniem do tego stopnia, że wygrał wielkie ćwiczenia wojskowe na poligonie reprezentując nie przez przypadek siły wroga. Gdy dowódca oficjalnych sił wojska ludowego chciał wykonać jeszcze jakiś unik, odwrót, manewr, mój tata, sięgnął po pistolet. A były tam prawdziwe naboje, czym sterroryzował wojskowego, który reprezentował siły zbrojne PRL w tamtych ćwiczeniach, czym upokorzył również generałów, którzy się temu wszystkiemu przyglądali. Pokonał przeciwnika reprezentując siły wroga najpierw taktyką, a na koniec zaskoczeniem. Już po zakończeniu manewrów mój tata jako młody oficer był w wojsku persona non grata. Ale pracował w PRL jako urzędnik kawałek życia. I raczej to było nudne i biedne życie, nawet jako prezesa Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej. To, co zarobił, zarobił dopiero na własnej firmie. Pomagał innym, ale nic nikomu nie był i nie jest winien. Ja tym bardziej. W 1984 r. nikt nie wiedział jeszcze, że ktoś taki, jak ja się urodzi. Nie mam sam nic wspólnego z PRL. A dokuczano mi za wszystko od koloru skóry, wyrazu twarzy, tego, co uznaję za własne sprawy, za fakt posiadania życia osobitego, które w mojej, nie waszej kulturze, to część mojego prywatnego, niezależnego życia. Własnych wolnych decyzji. Dokuczano mi za mojego tatę, który był dobrym człowiekiem, za to, z czym się identyfikował, jak myślał, do czego przynależał, bo chciał, a jakiś tam nauczyciel nie przynależał, nie chciał, ale mnie, rocznik 85 trzeba było jeszcze po 2000 r. zgnoić. Dlatego na temat Polski i Polaków mam wyrobione nie w próżni, lecz w realnym życiu zdanie. Mogło być dla mnie lepsze, przyjemniejsze. Ale nie było. Walcząc o siebie nie za Komuny, lecz po 2000 r. ukształtowałem swój charakter. Wierzono, że będę nikim. A ja po prostu przestałem się z ludźmi w ogóle liczyć. I nie pytajcie mnie, bo nie wiem, co to znaczy. Polacy mogli wobec mnie się godniej zachowywać. Szanując moje cele, wartości, pochodzenie, ideały, życie osobiste. I jak nie umieli szanować, tak przeciętna suka z Dęblina też nie widzi granic. Analizuje, rozpracowuje, co chce. I kiedy chce. Mało tego, to też jest Polska! Nic nietypowego. W Polsce niemal w 2020 r. I taka osoba też zmienia znaczenie na swój użytek, wszystkiego, co mówię. To, jaki jest sens wśród zwykłych chamów. Wśród takiego brudu takich emocji, ocen, nejasnych intencji, być osobą publiczną? Dla mnie to czysty idotyzm. Politycy to idioci w tych czasach. Ale przyznaję, byly inne. Ale zwyciężyło to, co gorsze, cięższe, mniej strawne.