Jeszcze refleksja z Baltimore a propos Lecha Wałęsy

Rozmawiając z Richardem Conradem w National Electronics Museum w Baltimore zapytał mnie, czy nie jestem z Ukrainy, gdy powiedziałem, że przyjechałem z Europy. Szybko skorygowałem go, że przyjechałem z Polski, ale mieszkam i spędzam czas na pograniczu Polski i Czech ze względu na moje pochodzenie i to, że odkryłem, że się lepiej czuję będąc na zmianę w jednym kraju bądź drugim, nie ograniczając się do jakiejś określonej rzeczywistości społecznej. Polityka jest po prostu dla ludzi małych, słabych. Dla ludzi samodzielnie myślących pozostają raczej jakieś pasje. Zostałem wzięty za Ukraińca nie dlatego, że wyglądam na Ukraińca. Sądzę, że Amerykanin pojęcia nie ma, jak może wyglądać Ukrainiec. Raczej oceniłem jego sposób spostrzegania, że odbywa się na zasadzie rozumowej, a nie obserwacyjnej. Założył, jak wielu moich znajomych, którzy kierują się myśleniem w życiu, a nie spostrzeganiem, że statystycznie, skoro teraz na Ukrainie jest niestabilnie, to tematy elektroniki związanej z zastosowaniem dla celów wojskowych raczej interesowałyby osobę z ogarniętej konfliktem wewnętrznym Ukrainy. Pomylił się. Ja jestem ogarnięty takim konfliktem również, ale z innych względów. I raczej wynika to z tego, jacy Polacy w kontakcie z kimś obcym są ograniczeni. Raczej zwykle problemów należy szukać w tą stronę. Pan Richard Conrad szybko zwrócił uwagę, dowiadując się, że jestem z Polski, że w Baltimore jest zacumowany statek z Polski, do którego według jego wiedzy, wykonywał „elektrykę” jeszcze nigdyś pracujący w Stoczni Gdańskiej Lech Wałęsa. Nie wiem, na ile ta informacja da się potwierdzić w innych źródłach. Nie widziałem statku, a tego typu „gadka” w kraju takim, jak USA, to może być zwkła grzeczność. Zwłaszcza bardzo inteligentnego człowieka, który pracował kawał życia dla wojska. To rodzaj szóstego zmysłu, który mają tacy ludzie, by poprzez pewne spoufalenie w kilku zdaniach bardzo dużo się o rozmówcy dowiedzieć. Może to i prawda. Ja nie patrzę na Lecha Wałęsę w kategoriach, czy to człowiek, który wymaga takiego czy innego szacunku. Mnie jako dziecko zainteresowało to, że zanim został politykiem, był elektrykiem. Ludzie, którzy znają trochę lepiej fizykę, zwłaszcza różnych sił, oddziaływań elektromagnetycznych, rzeczy bardziej abstrakcyjnych, niż jakaś statyka, dynamika itd., to są ludzie, których umysły inaczej ogarniają rzeczywistość. Sam mam od dziecka taki umysł i słabo rozumiem się z osobami, które wnioskując, wykorzystują głównie wskazówki emocjonalne i różne takie międzyludzkie prawdy, tzw. fakty społeczne. To jest przekleństwo humanistów, którzy ślizgają się po pozorach, mają zdawałoby się rozległą wiedzę, ale płytką. Ale wystarczającą do życia społecznego. Człowiek, który zna się na fizyce głębiej, np. na prądzie elektrycznym, jest w stanie zrozumieć więcej porządków myślenia, pewien porządek związany z oddziaływaniami różnych sił, porządek przepływów różncego rodzaju, ale także, czym jest abstrakcja jako przybliżenie tego, czego naprawdę nie wiemy, co jest bezpośrednio nie poznawalne. Prądu elektrycznego nie widzimy. Ale podobnie jest z polityką. Nie widzimy i nigdy nie zobaczymy 40 000 000 ludzi. Ja próbowałem zestawić zdjęcia z manifestacji przeciwko Andrzejowi Babiszowi w Letenskych Sadach w Pradze pod koniec wiosny, żeby spróbować wyobrazić sobie, ile to może być ilościowo zaledwie 400 000 osób, które się najechało według szacunków służb porządkowych, informacyjnych, które zarządzają miastem w kwestiach różnego rodzaju napływu ludności, zgromadzeń dla celów bezpieczeństwa. W Czechach to prostsze. W czasach komunizmu Czesi mieli chorą wręcz kartotekę, centralny rejestr danych pracowniczych wszystkich ludzi. Tam problem „teczek” było poważniejszy. Danych na każdy dosłownie temat o wiele więcej, centralizacja tych danych, tworzono szczegółowe zapisy życia ludzi niemal od poczęcia do śmierci i do dziś właśnie w Czechach ta komunistyczna maniera „wpierdalania się” jednych ludzi w życie innych ludzi została w formie pewnego wyładowania frustracji, agresji, którą możemy zauważyć u nieco starszych generacji. Ja w Czechach widzę takie nieodreagowanie tej wzajemnej kontroli społecznej, gdy jedni o drugich czuli się wręcz w obowiązku niewspółmiernie dużo wiedzieć. To problem tak małego kraju właśnie dzisiaj. Bo do dziś te informacje się w Czechach wykorzystuje. Obojętnie czy na Andreja Babisa. Czy na kogoś innego. Jedni mówią, że odsunął komunistów od dużej przedsiębiorczości i że chwała mu za to, inni że to złodziej. I ci, co mówią, że to złodziej, to nie tylko mówią o tym, co upadło, ale „sypią” takimi dokładnymi nieraz faktami z życia Babisa, że pytanie tylko, kto te fakty tak pieczołowicie, skrupulatnie zbierał. I to jest akurat w demokracji nienormalne, ewidencjonowanie, gromadzenie danych, które przykładowo niczemu nie służą, jak sprawowaniu kontroli nad obywatelem. Służą represjonowaniu, są nadmiarowe, redundantne względem zwykłego procesu administracyjnego obojętnie jakiej sprawy obywatela względem obojętnie jakiego urzędu. Człowiek, który myśli abstrakyjnie, zawsze czuje, gdzie leży ta granica między tym, co rzeczywiście niezbędne, a tym, co służy wzmacnianiu władzy urzędników. Ja jako ekonomista, zajmujący się kiedyś ekonomią sektora publicznego mam też ten szósty zmysł. Ale moim zdaniem Czesi mają dużo większą traumę. Na temat Lecha Wałęsy nie będę się nigdy w tym kontekście wypowiadał, bo nie sprawię przyjemności tym, którym właśnie zależy na tym, żeby na człowieka patrzeć przez pryzmat nie tego, co mówi, co zrobił, kim jest, ale tego, co zgromadziło w archiwum na jego temat SB. To komunistom zależało, by tak na to patrzeć i gdy przykładowo taki Kaczyński grał tego typu argumentami, to się sam skompromitował, bo to, co wyprawiała służba bezpieczeństwa w PRL to nie powinno być brane przez poważnych ludzi jako argument przeciwko komukolwiek. To jest sprawa dla historyków, biografów. Wtedy, gdy nie bieżące argumenty są ważne, ale ogólnie sylwetka osoby w pewnym przekroju historycznym. Jeśli to była osoba publiczna, będą toczyć się dyskusje, ale jakie to ma znaczenie w bieżących dyskusjach? Bieżące dyskusje dotyczą tego, co wszyscy widzimy. Wtedy liczy się logika, osąd, czy argumenty pokrywają się z tym, co potrafimy sami zaobserwować. A jeśli polityk chce z drugim politykiem wygrać na argumenty, musi pojedynkować się tu i teraz, na argumenty, na poglądy na sprawy bieżące. To odróżnia człowieka na poziomie, od małego mściwego kretyna i sukinsyna.