MF

Magdalena Fritz

Zetknąłem się kilka lat temu z mądrym zdaniem, że osoba, która manipuluje innymi ludźmi robi to często dlatego, że ten wpływ, który osiąga dzięki temu jest wszystkim, co ma. W tym wypadku osoba jest nieszczęśliwa, ale też współczuję jej z innego powodu. Skrycie jest przekonana, że mogę darzyć ją jakimś uczuciem, a to podbudowuje jej próżne ego. Problem z jej narcystyczną samooceną chyba leży w tym i to, jak łatwo to powietrze spuścić, że ona zbudowała w sobie to przekonanie tkwiąc dostatecznie długo w poczuciu bezradności i nieszczęścia, by w to uwierzyć. Wydaje mi się, że jej determinacja świadczy na pewno o jej afekcie w stosunku do mnie. Takim widocznym – rywalizacyjnym, „ja ci pokażę jeszcze”. Ale żal mi tej osoby. Gdy kiedyś okazałem jej jakieś głębsze uczucia, ale zupełnie spontanicznie. Mogło to się na drugi dzień skończyć – niezależnie byłaby reakcja czy nie. Taki to był moment. To był moment, gdy przede wszystkim poczułem, że jest czas na zmianę. Moja wówczas jeszcze długoletnia dziewczyna zdradzała mnie z ich wspólną koleżanką. Cały ich rocznik psychologii społecznej, to były po prostu niezłe cwaniary i moja była później żona nie chciała być potem już tylko gorsza. Madga miała najpierw normalnego chłopaka – Michała. Mojego imiennika. Ale jej to nie wystarczyło. Zerwała z normalnym chłopakiem i poznała biznesmena, który miał własne salony optyczne. I udawała przed koleżankami, że jeszcze trochę i wezmą ślub. Mnie to śmieszyło, ale nie życzyłem jej źle. Życzyłem jej, żeby zrozumiała, jak chore jest jej zacietrzewienie, zakamienienie i schamienie. Oraz jak bardzo perwersyjna jej natura, która nie ma nic wspólnego z kobiecą seksualnością. Dziewczyny z natury ładne znają to. Te trochę ładne też. Magda znała raczej gorzką prawdę, że szybko w jej przypadku może okazywać się, że aż taka ładna nie jest. Ale ten przerost dobrych samoocen na swój temat w porównaniu z negatywnymi brał górę tak, jak obronnie zawyżona samoocena jest u osób, które oczekują jakiejś konfrontacji – np. egzaminu. Bo wtedy człowiek zwyczajnie musi coś mówić, a nie że nie wie. Inny przypadek jest u osób narcystycznych. Czy Magda jest narcystyczna? Jest próżna, zadufana w sobie i zepusta. Ale nie na tym dramat jej polega. Ona naprawdę w tym wszystkim nie chce sobie uświadomić, że właśnie dlatego jest samotna, właśnie dlatego nie robi jej się od tylu lat w głowie żaden update. Przypomina mi ten proces depresyjny w tym wypadku położenie psychiczne Pawła Hołdy, którego znam z podstawówki. Czy to jest groźne? Taka „groźna” osobowość? Dla mnie na przykład? Chyba nie. Gdy się ją rozumie, to nawet te manipulacje, sztuczki, próby wyśmiania ostatecznie wywołują we mnie litość. Chciałoby się powiedzieć „Magda, czy aż tak Cię zraniłem?”. A może po prostu ona nie będąc ze mną szczera, gdy może to było chwilowe u mnie. Wypalenie w związku, znudzenie i niedostępność kogoś, kogo naprawdę kochałem wtedy, a ta osoba była tak daleko, że wydawało mi się to nierealne. Wtedy to raczej ja traktowałem dziewczyny jako zastępstwo, a zatem instrumentalnie. Zastępstwo wielu tego typu relacji w miejsce jednej, której mi bardzo brakowało wówczas. Fakt, że akurat tego sobie nie chciałem uświadomić nie odbił się druzgocąco na mojej psychice. Magda zareagowała zimno, jak wówczas skojarzyła mi się ze zndzoną i perwersyjną hrabiną de Merteuil z Niebezpiecznych związków Laclosa, które wtedy czytałem. Magda swoją osobą zainspirowała mnie do poznania psychiki charakteru z książki – osoby zimnej, nieprzystępnej, ale tak naprawdę zranionej, dawno temu porzuconej, dumnej na tyle, że sama nie umiała się przyznać do własnej rozpaczy. Wrabiając inne osoby w takie położenie dopiero dotykała tego, co ją boli. Mam nadzieję, że osoby, które wybierają bohaterską rolę psychoterapeuty, by ulżyć innym w cierpieniach, zrozumieć siebie, trochę głębiej sobie sami siebie uświadamiają. Niszczenie życia uczuciowego wrażliwego chłopaka, który może czasem marzy o nierealnych z pozoru relacjach jest zwyczajnym perfidnym chamstwem. Jak z jakiejś przypowieści o chłopce, Żydówce i dziwce. Rodem z takiej jakiejś mrocznej historii o zabawie w niszczenie cudzych marzeń. Czy takie marzenia są śmieszne? Czy to naprawdę temat do wykazywania całym swoim życiem, że ktoś inny jest chory psychicznie. Gdy ostatecznie to jest pokazanie – jesteś chory, bo ja taka mądra i przebiegła osoba nie mogę się nigdy mylić. Magda nie wiem czy się bardziej pomyliła czy po prostu przeliczyła. Nie znała mnie. Gdyby mnie poznała, ale może po prostu kiedyś, to by się nie była w stanie pomylić. I pewnie miałaby świadomość, że liczenie i kalkulowanie to nie ze mną gra. Czuję się odważniejszy od wakacji. Wiktoria Wicińska pokazała wszystkim, co to znaczy dokonywać wyborów między życiem i śmiercią w obliczu jakiegoś własnego dramatu, nieszczęścia, trudności może z dotarciem do głębi własnych uczuć i odnalezieniem w nich właśnie siły, a nie słabości. Zrobiła coś, co postawiło ją samą w 100% w prawdzie wobec siebie i tego, co czuła. O czym była czując tak mocno święcie przekonana. Gdybym mógł podać drugą skrajność. Też nieszczęście, ale nieszczęśliwym zakończeniem nie jest śmierć, ale chodzące nieszczęście zacietrzewienia i tego, że uwierzyło się we własne kłamstwa. Tak długo się je sobie samemu powtarzało, że się nabrało niezachiwanego przekonania, że tak musi być. Choćbym totalnie odczuwał inaczej jej projekcje, to ona już nawet wie! Jak zrobić, by w końcu wszyscy uwierzyli, że to ona. Tak zrobiła Agnieszka Turek. I co? Skończyła w końcu jako głupia świnka. Magda jeszcze idzie, ale podpiera się inną kulą. Idzie o kuli już jak Kaczyński, ale idzie i most po którym idzie zbudowany jest z kłamstw. Ileż życia, energii zabiera kłamstwo. Jak wpycha w depresję. Z drugiej strony, jak uwalniającym psychicznie, od zobowiązań, cierpienia jest mówienie prawdy. Przede wszystkim wobec siebie. Nie wiem, na czym jej oddziaływania pomocowe mogą polegać. Może dziś jest świadoma tego, że krzywdę wyrządziła sobie sama. Nie wierząc w prawdę, w zmienność natury człowieka, jego uczuć. Mam nadzieję, że to właśnie tą mądrością dzieli się dzisiaj z innymi. Mam nadzieję, że spotka kogoś kogo najpierw sama naprawdę pokocha. To może wtedy zrozumie, jak głupie jest zarzucać na kogoś sieć własnych życzeń i projekcji, jak nieskuteczne to jest, jak dziurawa jest to sieć. Jak uciążliwe, żenujące jest, gdy człowiek obcych ludzi wplątuje w coś, co ich męczy, niszczy psychicznie czy dusi. Tam gdzie nie ma uczuć, ludzie są sobie obcy. Dusząc obcą osobę nie zrobi się z tej osoby nagle kogoś bliskiego.