Sport w okresie obostrzeń

https://sportowefakty.wp.pl/snowboard/695803/stracilismy-hurtowego-dostawce-adrenaliny-wszyscy-chcieli-byc-blisko-tego-co-rob

Ja jestem zawodowo również trenerem sportu. Przynajmniej w Polsce, bo w Czechach jestem instruktorem snowboardu. Zdałem egzamin teoretyczny z fizjologii, anatomii, pierwszej pomocy, pedagogiki (łącznie to około 8 bloków tematycznych) itd. na trenera sportu na kilka dni przed Sylwestrem 2015/2016. Natomiast, mimo zdania 2 części egzaminu na instruktora snowboardu – części teoretycznej i części z instruowania, dwukrotnie Paweł Deżakowski oblał mnie z ewolucji snowboardowych. I to wcale nie najtrudniejszych. Ale już pewne wypadki wcześniej zdradzały, że w Polsce będzie mi trudno uzyskać licencję. Z jazdy najszybszych ewolucji po pol. śmig, ale nie tylko, pamiętam po czesku rezany oblouk miałem najwyższe noty, ale coś tam się na skręcie ślizgowym rotacyjny (zakladni smykany oblouk) i switchu nie podobało. Za drugim razem w styczniu 2016 też oblałem. Ale zachowanie Pawła Deżakowskiego było zachowaniem wariata. Kurs przed Sylwestrem zaczął już podminowany. W stosunku do mnie coś mu się zaczęło nie podobać na stoku. Jeździliśmy właściwie po błocie, nikomu się to nie podobało. Wtedy w Zieleńcu to nie były warunki, jak w Szwajcarii. W pewnym momencie Paweł Deżakowski wymyślił mi ksywę Slayer i zaczął nabijać się na zasadzie „pokój światu”. Ja jestem swobodnym, choć na ogół zdyscyplinowanym człowiekiem, ale nie ma we mnie próżności i lansu, którą okazują Polacy często, gdy coś zachodniego sobie przyswoją – jakieś umiejętności itd. Mnie jego zachowanie skrycie wkurwiało, a jego moje. I dosłownie przed samym Sylwestrem znalazł na zajęciach w sali wykładowej byle pretekst, by mnie z kursu wyrzucić. Gdy się dowiedziała o tym mailowo już p. Wojtakatis,  która kierowała całą edycją kursu instruktorskiego narciarskiego i snowboardowego, a mnie polubiła jakby niezależnie od tego, że łącznie najechało się nas ze 100 osób na te wszystkie kursy i egzaminy, to wpłynęła na „Zderzaka”, to mogłem jednak przyjechać i zaliczyć ewolucje i inne części egzaminu. Niestety nigdy ostatecznie u niego nie zaliczyłem wszystkich ewolucji i zostałem z uprawnieniami tylko instruktora sportu. Natomiast w Czechach pracowałem kilka razy już jako instruktor snowboardu, ponieważ kilka razy stwierdzono naocznie, obserwowano dokładnie moje umiejętności instruktorskie i zdecydowano się powierzać mi naukę nawet dzieci i nawet jazdę z nimi wyciągiem. Tylko w Czechach jest inna dyscyplina i inny styl pracy. A już w Rokytnicach mieliśmy spotkania o charakterze mentorskim, jazdy i wprawki doskonalące coraz bardziej zaawansowane umiejętności – jazdy ewolucji, kierowania grupą i nauczania różnych osób w różnym wieku, w dodatku jazda wyciągiem z grupą, zwłaszcza z dziećmi to ogromna odpowiedzialność, rozgrzewki i pracowaliśmy co prawda w dużym kieracie, gdzie w porywach na różnych daleko oddalonych od siebie często stokach pracowało nas łącznie ponad 15 instruktorów snowboardu i narciarstwa, gdzie grafik był czasem wręcz nieczytelny, a mi co godzina przypadała odpowiedzialność raz nawet za 3 letnie dziecko, innym razem za grupę 13 Niemców w wieku od lat 8 do 65. I Czechom moje polskie papiery do niczego nie byłyby potrzebne. Nie wiem, czy to jest praca marzeń, ale jest to praca dająca kondycję i wiem, że ledwie kilku Polaków może w praktyce znaleźć zatrudnienie o takim charakterze co roku w Czechach i trzeba znać kilka języków, a czeski na pierwszym miejscu. Na pewno takiej pracy – w takim systemie organizacji, w takim stylu nie znajdzie nikt w Polsce, a z perspektywy np. Warszawy to może wyglądać, jak praca marzeń. I tak praktyka uczyniła mnie instruktorem snowboardu w Czechach, gdzie nauczam w języku polskim, czeskim, angielskim i niemieckim. Z drugiej strony jeśli np. chodzi o nurkowanie, to zaczynam czuć, że pierwszy język w nurkowaniu dla mnie to angielski, potem polski, ale jest jeszcze trzeci język i jest to język francuski. Ja się nie szarpię w życiu z ludźmi nieżyczliwymi, chamstwem, zarozumialstwem, omijam je szerokim łukiem, a pól widzę więcej, niż inni ludzie, bo ja widzę cały świat, gdzie teoretycznie jestem w stanie się odnaleźć. Być może ataki na mnie, to ataki frustratów z polskimi kompleksami tj. Paweł, który zabił się pod własnym domem ok. 1,5 roku po tym, gdy mnie tak bezczelnie prawie w dniu Sylwestra, prawie ostatniego dnia wyrzucił z kursu. A ja się odnalazłem nawet w wieloosobowym pokoju, z ludźmi w wieku 18 lat, ja miałem ok. 30, wszyscy praktycznie ze szkół sportowych. I ja się świetnie przystosowuję, a nawet to obce, postronne osoby może wkurzać, bo niczego nie udaję i nie tkwię zwłaszcza w polskich „układach” albo szybko te „układy” zmieniam. Nie są dla mnie na stałe czy na wieczność. Grupa towarzyska z liceum w Puławach, w tym Agnieszka kilka lat temu w dość natarczywy sposób usiłowały udowodnić mi, że te układy towarzyskie są jakby czymś na stałe i że spotka mnie w taki czy inny sposób kara za wyłamanie się. Zderzak był wielkim mistrzem, jeździł latem w rajdach terenowych po pustyni w Afryce. A zginął pod swoim domem i o mało nie zabił własnego dziecka. Zabiła go jego własna arogancja, ciągle podwyższony poziom adrenaliny i nieumiejętność zmiany punktu widzenia. Może też, gdy po czasie uświadomił sobie, kim jestem, to zabiły go również wyrzuty sumienia. Czułem, że mam mentalnie, duchowo, emocjonalnie coś wspólnego z jego śmiercią. Choć naturalnie nie wiedziałem, gdzie mieszka i nie wiedziałem, że może zginąć pod własnym domem. Zginął mając niesmak i uraz emocjonalny, że mnie skrzywdził, sądzę, że miał wyrzuty sumienia, które w jego wyidealizowanym obrazie siebie były, jak rysa na nowym zegarku, która może maniaka doprowadzić do szaleństwa. I doprowadziła. Ta rysa na szkle. Czasem prosty brak przebaczenia z czyjejś strony może zabić. Ale czy to jest karalne? To jest kwestia naszego sumienia. Czasem ktoś inny ma z tym problem, a my uważam, że słusznie się z czymś męczy. W takiej sytuacji może być źródłem stresu, myśli samobójczych i doprowadzić do nieszczęśliwego zdarzenia, ale to nie jest karalne. Powiem więcej, łatwiej mi o tym pisać, gdy Paweł Deżakowski już nie żyje. Gdy żył, wstydziłem się za niego.