Jestem psychologiem

Rozumiem wszystko, ale jak widzicie, problemy rozwiązują ludzie, mają szansę rozwiązać strony, zaangażowane, których to dotyczy. Zależy to od ich chęci, woli. Leży w ich gestii, należy do ich inicjatywy. Mówimy o psychopatologii, gdy nie korzystają z szans rozwoju, nie dążą do deeskalacji, ale przeciwnie, eskalują konflikty wokół siebie. Czerpią przyjemność np. z cudzego cierpienia. Mówimy, że to jest chore. Ale mówienie że coś jest chore nie zmienia sytuacji, która jest patologiczna. Jako psycholog nie mam mocy, by przeciwdziałać ludziom chorym, silnym. Z doświadczenia zdobytego w trakcie studiów i własnej psychoterapii wiem, że najbardziej chore osoby trafiają na końcu do psychologa czy na oddział. Ale większość sprawców toksycznych sytuacji nie trafia. Jakby to Vincent Severski określił. Umierają spokojnie w swoich domach, w swoich łóżkach, mało tego, nierzadko otoczeni do końca miłością. Którą zdobywają manipulacją.

Ja widziałem w domu wszystko poza zabójstwem

Widziałem, jak się karmi potwora. Karmi z chorej patologicznej miłości do jednego syna, którego stawia się z jakiegoś irracjonalnego powodu wyżej. Innym stawia się wymagania itd. Ale to dziecko jest szczególne. A gdy głód impulsywnego folgowania przypadkowym rządzom, nad którymi pierworodny i tak nigdy nie miał kontroli, rozkręca się na dobre, jest już za późno na działanie. Tylko tam była zawsze jakaś ukryta satysfakcja, która moim zdaniem była motywem braku przeciwdziałania. Jakby zadowolenie z własnej manipulacji, własnego dzieła, bardzo subtelnego robienia z dziecka marionetki. Ale to dość zrozumiałe. Mąż – znany bardziej poza domem. Jak to zwykle mężczyźni. Matka skupiona na rodzinie. Nie dziwi po głębszym zastanowieniu, że te makiaweliczne skłonności, nieodreagowane frustracje, toksyczne emocje zawoalowywała w sprzecznych komunikatach, które z założenia bezwarunkowo opierały się na zaufaniu, choć gdyby to dziecko, 50 letnie dziecko czasem, rozumiało, było świadome, czuło grozę psychopatologii, dystansowałoby się, ale ten chłop nie miał poczucia pewności siebie w świecie i uzależniał się od komunikacji opartej na zaufaniu z matką. Najdziwniejsze jest dla mnie nawet nie jako psychologa. Nie zawsze byłem psychologiem, ta bierność. Jakby zachowanie tego dziecka sprawiało takiej matce przyjemność. Jakby doszukiwała się za tą agresją w sposób urojony np. miłości, zazdrości. Każda patologia jest inna. Partner traktowany z góry, wzięty „goły i bosy” ze wsi na Warmii do „lepszego” domu w Rykach. Mężczyzna na tysiące sposobów upokarzany. Z założenia, odruchowo, dyskretnie i niedyskretnie. Gdy widziałem wybuchy ojca, to zwykle to było apogeum biernej agresji matki. Może mam jakiś talent do widzenia wielu warstw, ale zawsze widziałem za tym bardzo jadowitą formę agresji, ale bardzo ukrytej czasem, biernej agresji. I w dodatku stosowany był po raz może 10 000 tysięczny ten sam schemat nawet eskalacji czyjejś frustracji. Ten mechanizm widziałem tylko jako bodziec do manipulowania u psychopatów, bo oni są rzeczywiście upośledzeni. Po prostu ślepi są na konsekwencje. Nie umieją ich przewidywać. Czują potrzebę sadyzmu, maltretowania kogoś, upokarzania i nie mogą sobie i za 10 000 razem odpuścić tego. Jakby mieli amnezję następczą. Za każdym razem nie pamiętali, nie rozumieli, co w tym schemacie nieuchronnie będzie następstwem. Po prostu psychopatka sadystka ma żądzę upokarzania kogoś do usranej śmierci, jakby żadna siła na ziemi nie mogła jej od tego powstrzymać. Majstersztyk psychopatki, jakby łechtało jej ego, że jest w stanie człowieka doprowadzić do ostateczności. Z drugiej strony, uważam, że Januszek jest dziełem chorej zabawy psychopatki. Że ona w środku czerpała satysfakcję z rozwijającej się nieporadności, zależności, chorobliwej nawet zazdrości o matkę. Zawsze była górą wobec niego i o kilka kroków przed nim. Wyróżniała go. Stała się jedynym źródłem jego dobrej samooceny. Ja widzę w tym głęboką kazirodczą psychopatologię. Szukania w dziecku „lepszego partnera” od tego szmaciarza, którego się wzięło niemal z ulicy. Wręcz czegoś w rodzaju „wychowywania sobie” zastępczego partnera. Im dłużej analizuję styl, język, komunikaty Ja ogólnie kobiet w Polsce. Jest pewien uniwersalny język. Dosłownie warstwa po warstwie solidarnie wspólny, jakby był jakiś standard ISO. Pewne skłonności, sposoby oceniania, postawy, transakcje są wyraźnie naśladowane. Nabywane nieświadomie. To jest konkurs na bycie największą pizdą, który idzie równoległym torem do konkursu piękności. Mało się narobić, a dużo osiągnąć, kopnąć w dupę kogoś dosłownie na kilka metrów od jego osobistej mety, gdy osiąga trwale nowy poziom, nową jakość w życiu. Pizdy potrafią tak właśnie osaczać i ubezwłasnowalniać. Często liczą na pozbawienie mężczyzny sił i w ogóle świadomości, że są wykorzystywani. To są takie różne źródła szybkiej satysfakcji. W sensie psychologicznym psychopatologia, ale z drugiej strony, bardzo powszechna psychopatologia. Po prostu osoba, która nie czuje potrzeby czuć się winna, sama dla siebie stanowi kryterium, standard. Tysiące razy doradzałem matce psychoterapię, ale za każdym razem stanowczo odmawiała utrzymując, że ona ze sobą nie ma problemu. To nie jest nawet brak wglądu, co psychopatia. I psychopatia ciągnięta do absurdu, folgowanie własnemu mniemaniu o sobie, poczuciu kontroli, wpływanie do absurdu na emocje „dziecka” może doprowadzić do takiej furii ostatecznej. Bo to jest transakcja nie kończącej się satysfakcji matki z bycia górą wobec dziecka i rosnącej frustracji i upokorzenia dziecka. Sądzę, że taka osoba nie umie czerpać satysfakcji z innych sytuacji. Jest zmowa między kobietami, że ukrywają te negatywne motywy, które prowadzą nawet do zbrodni. Używa się określeń typu zaradny, pracujący, dokładający się finansowo jako przeciwieństwo czegoś „negatywnego” np. alkoholik, niezaradny, niepracujący – w sensie psychologicznym ten status jest nieistotny. W sensie mały ma ładunek znaczeniowy, treściowy, niosący informację o emocjach, mechanizmach, uwikłaniach – te zmienne typu pracujący/niepracujący z punktu widzenia mechanizmu psychopatologii są kompletnie nieistotne. Problemy tkwią w warstwie zależności, komunikacji, transakcji – bardzo wielu warstwach ogólnie toksycznych relacji międzyludzkich. Tylko to pozwala zrozumieć i wytłumaczyć toksyczną sytuację. To, że ogólnie jeśli na całe gospodarstwo domowe wszystkie 3 osoby np. nie pracują – ok. zwiastuje to gęstą trudną sytuację, która może komplikować, zaogniać atmosferę, ale nie stanowi klucza do zrozumienia. Kobieta, która opowiada historię też idzie linią „normy”, ale to z psychologią nie ma nic wspólnego. Nie na tym polega kliniczny sposób rozumienia czyjegoś zachowania. Często czyjaś niezaradność to celowo kreowana niegodziwa gra, ukryte są mechanizmy demotywowania osoby, żeby właśnie pozostawała zależna. Czasem to jest nieświadome. Ale uważam, że słowo „nieświadome” jest nadużywane. Ludzie na ogół są świadomi. Robią świadomie wiele złych rzeczy i z premedytacją. Używanie określenia „nieświadomie” to często już forma obrony, gdy coś się wydarzyło, czasem nieodwracalnego. Albo wymówka albo usprawiedliwienie. Poza tym, na taką narrację, jak w podcaście stać byłoby co najwyżej pracownika opieki społecznej, ale nie psychologa klinicznego. Dlatego narratorka nie rozumie mechanizmu psychopatologii i ostatecznie pewnie zbrodni. Nie dosłuchałem do końca. Nudzą mnie takie historie. Wiele takich historii widziałem, słyszałem i od dawna wiem, jak się skończą. Ale tutaj widzę najczęściej upośledzenie psychopaty czy psychopatki. Osoba chora psychicznie, czerpiąc przyjemność z toksycznej sytuacji – maksymalizuje swoją perwersję czasem bez względu na koszty. Nazywanie czegoś, co się może skończyć nawet morderstwem w moim odczuciu jest czymś gorszym, niż parafilią. Ale psychiatrzy często poprzestają na tym określeniu.

Asia Staszewska, w który temat byś poszła?

Kupić Seabreachera i trzymać na Florydzie (trzymać i nie sprowadzać do Europy, sprzedać, jak się znudzi) aż się zepsuje (30 motogodzin na rok dla każdego jet ski to dużo) czy zainwestować kilkanaście tysięcy dolarów w naukę pilotażu L39 i jak przełamię wszystkie lęki przed samodzielnym lataniem odrzutowcem wojskowym, to sprzedać wszystko, co mam, kupić, trzymać w Dęblinie i latać?

Gamazda

Nie znoszę na przykład histeryczek. Obrzydza mnie ta pianistka z YT. Dziewczyna na zdjęciu ma obrzydliwe buty. Czy jak zmieni ten element ubioru, to coś to zmieni? Nie, nic nie zmieni. Wkurwia mnie jej osobowść. Jeszcze raz podkreślę też, że psychopaci nie odczuwają emocji samoświadomościowych. Opisywałem kiedyś, jak w kontrolowany przeze mnie sposób „dałem się złowić” Magdalenie Fritz. Ona jedyny rodzaj tego typu emocji, jaki zdradzała, to wstyd. Nigdy nie zaobserwowałem choćby pośrednio poczucia winy. Czułem, że mam być „czystą” ofiarą. Nie wiem, czy to fascynacja zjawiskiem, osobowością psychopaty, ale od tamtej pory 2010 czy 2011 używam różnych metod obserwacji takich psychopatek, jak Fritz. Ale nigdy nie uciekam się do fałszywych tożsamości. Każdy ma swoje metody. Ja nie potrzebuję fałszu. Ale mogę ukrywać moją tożsamość tak długo, jak długo może zakłócić prowadzenie obserwacji psychopatki. Potrafię się z taką osobą spotkać i nie tylko… Dla dobra obserwacji.

Groza

Przeżyłem kiedyś grozę, gdy zatrudniająca mnie doktor powiedziała mi, że ja ludzi ranię. A chodziło tylko o to, że prywatnie zawsze się czułem wolny, postanowiłem się z Warszawy wyprowadzić, porzucić towarzystwo naukowców, nie odpowiadać na zachęty czy zaczepki od ludzi z dziedzin, które już mnie nie interesowały. Zawsze zwracam od tego czasu uwagę na zjawiska mobbingu czy napastowania w miejscu pracy. Gdy widzę, że ktoś się czuje udręczony czy zakłopotany. Nie umówiłbym się np. jako klient z osobą, która jest akurat w pracy i jej zadanie to być miłą, bo jej za to płacą.